BOOKATHON: PIĘĆDZIESIĄT TWARZY GREYA (E.L. JAMES)

rtgrg

O Święty Barnabo! Co to było? Moja podświadomość cmoka z dezaprobatą i przewraca oczami. Do pory nie może uwierzyć w to, że zabrałam się za tę PADLINĘ. To chyba dobre określenie dla twórczości E.L. James. Podchwyciłam je od Olgi z Wielkiego Buka. Generalnie podpisuję się pod wszystkim, co napisała. Także odsyłam Was do niej. Musicie przeczytać jej tekst. Dlaczego?

Bo ta książka jest po prostu KOSZMARNA. Gdy w końcu ją odłożyłam, moja wewnętrzna bogini zaczęła wymachiwać pomponami cheerleaderki, a także tańczyć taniec siedmiu welonów. Ona się cieszyła, a ja się wkurzyłam, ponieważ nie udało mi się sprostać temu wyzwaniu. Niestety. Miałam dobre chęci. Nie wyszło. Poddałam się. Przeczytałam czterysta stron i o czterysta za dużo. KARNY GREY okazał się nie do przejścia. I nie chodzi o fabułę. Młoda dziewczyna i milioner. Takich historii miłosnych było od groma. I ta byłaby jak najbardziej do wybronienia, gdyby autorka choć trochę się do niej przyłożyła. Dużo powtórzeń, ubogie słownictwo, okropne sylwetki głównych bohaterów. Trudno o gorzej napisaną powieść. Tym bardziej jestem zdumiona, skąd te zachwyty. Ale nie będę tego roztrząsać. Nie chcę się nawet nad tym zastanawiać. Szkoda czasu. Zapraszam do obejrzenia mojego dzisiejszego, trochę emocjonalnego paplanda, a także do przeczytania recenzji Olgi (TUTAJ).


 

****************

Koniecznie dołączcie do naszej grupy na fb (link TUTAJ)

Zachęcam też do odwiedzania strony Bookathon.pl – znajdziecie na niej wszystkie informacje odnośnie maratonu oraz konkursów, które dla Was przygotowałyśmy :)

Share This Post
Related Posts
RECENZJA: ARMADA (ERNEST CLINE) + KONKURS
Zagadka śmierci Strufiego
Poniedziałek z klasyką: Lot nad kukułczym gniazdem (Ken Kesey)