Recenzja: Endgame. Wezwanie (James Frey)

Endgame

Igrzyska śmierci. Pierwsza myśl. Trochę bardziej dramatyczne, ale jednak. Gracze biorący udział w Endgame walczą bowiem nie tylko o swoje życie, ale też o przyszłość swoich rodów. Zwycięzca może być tylko jeden. By nim zostać nie wystarczy wyrżnąć w pień swoich rywali. Trzeba też rozwiązać zagadki. Znaleźć Klucz Ziemi, Klucz Niebios, a także Klucz Słońca. Sojusze są więc mile widziane. Co prawda kiedyś wygasną, ale kto by się tym przejmował na tym etapie. Oto Wezwanie! Pierwsza część trylogii Jamesa Freya. Powieść niesamowicie wtórna, ale całkiem przyjemna. Oczywiście wszystko zależy od tego, kto i na co się nastawia.

Ja nie miałam zbyt wielkich oczekiwań względem tej pozycji. Koleżanka ostrzegła mnie, że to typowa młodzieżówka inspirowana trylogią Suzanne Collins. Nic ponadto. I tak też podeszłam do tej książki. Na luzie. I szczerze powiedziawszy James Frey trochę mnie zaskoczył. Przede wszystkim nie mamy tu jednego bohatera, z którym można by się utożsamić i któremu można by kibicować. Graczy jest w sumie dwunastu. Każdy jest inny. Każdy pochodzi z innego kraju. Reprezentuje inną kulturę. Ich sylwetki są całkiem zręcznie nakreślone. Słabym ogniwem jest jedynie Christopher, beznamiętny Christopher szaleńczo zakochany w jednej z bohaterek. Nawet nie wiecie, jak bardzo cieszę się, że jej nie posłuchał, że za nią podążał. Dlaczego? Tego Wam oczywiście nie zdradzę :)

Kolejnym plusem tej powieści są zagadki, cała masa zagadek, które rozmieszczono praktycznie na każdej stronie. W związku z tym, że powiązano je ze starożytnymi cywilizacjami, moim pierwszym skojarzeniem był Indiana Jones. I coś  w tym jest. Moim zdaniem „Endgame. Wezwanie” to taka krzyżówka Igrzysk Śmierci z przygodami tego słynnego archeologa, czy może raczej poszukiwacza skarbów. To odczucie towarzyszyło mi od początku aż do samego końca. Tego tomu oczywiście. Bo w przygotowaniu są kolejne. I wiecie co? Z przyjemnością po nie sięgnę, nawet pomimo tej niesamowitej wtórności. Jakby nie było powieść Freya czyta się znakomicie. Zżyłam się już z niektórymi bohaterami. Chętnie poznam ich dalsze losy :)

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Sine Qua Non

Share This Post
Related Posts
Wyniki konkursu urodzinowego
Recenzja: Hopeless (Colleen Hoover)
Nomen omen by Marta Kisiel